środa, 14 czerwca 2017

Rozdział IV



Rozdział IV
Herbata

          - Nie mogę się na to zgodzić. - Sara odgarnęła długie, rude włosy. - To jest zbyt niebezpieczne.
            Promienie słońca przebijały się przez szklany dach oranżerii. Lillian siedziała na jednym z leżaków mając kolana przyciągnięte do brody. Sara nerwowo plotła w rękach wianek na przemian z poprawianiem włosów. Poprawiała je wtedy, gdy się denerwowała.
            - Sara, proszę cię. To dla nas ważne, a wiem, że już kiedyś to robiłaś.
            - Lilka, gdybym mogła, to byśmy byli już w trakcie. Zrozum to.
            - Dlaczego nie?
            Lillian ręczyła chłopakom, że Sara się zgodzi. Była przekonana, a teraz, kiedy dziewczyna odmówiła, wyraźnie zdezorientowana. Próbę przeprowadzała już wielokrotnie, a jednak teraz nie chciała jej wykonać.
             - Na ostatniej komisji doradca powiedział mi i Sophie, że to nie tylko próba, bo podczas całego tego obrzędu na niektóre rasy nakładany jest czar kontroli. Wszystko, co zrobimy wbrew prawu, zostanie zarejestrowane. - Sara znowu poprawiła włosy. - Podobno przywódcy skapnęli się, że teraz wiele osób zostaje w ukryciu, że próby są przeprowadzane w zasadzie nielegalnie i to pewnie dlatego.
            Lillian schowała twarz w dłoniach i westchnęła.
          - Dobrze, że kobieta, która przeprowadzała próbę, nie do końca zgadza się z tymi ograniczeniami, jak i z całym obecnym prawem i powiedziała nam o tym. Więc naprawdę nie mogę wam pomóc. Nie pytajcie się o to Sophie, proszę. - Przełknęła ślinę. - Ona się trochę zbuntowała i powiedziała, że nie zamierza się stosować do ostrzeżenia.
            - Co?! - Lillian zmarszczyła brwi. - To niebezpieczne.
            - Och, ale to Sophie. Rozmawiałam z nią, ale jak na razie to nic nie dało. Miejmy nadzieję, że się rozmyśli.
            - A co jeśli nie? - Lillian podniosła wzrok na Sarę.
            Dziewczyna spojrzała na Lilkę. Przeczesała ręką włosy.
            - Udam, że nie słyszałam tego pytania.

***

            - Nie dziwi cię to, że Elizabeth tak po prostu to wszystko przyjęła do siebie? Nie wygląda na taką, co by się na wszystko godziła. - William właśnie położył przyjacielowi na biurko kolejną księgę do przejrzenia.
           - Była pod wpływem leku George'a. To dlatego się zgadzała ze wszystkim i po prostu przyjmowała całą tę sytuację do wiadomości.
            - Przynajmniej nie dramatyzowała. - Will wygiął usta w dziwnym grymasie. - Znalazłeś coś?
            - Nic tu nie ma! - Luka zatrzasnął kolejną grubą księgę. - Nie wiem, jak my znajdziemy coś na temat przeprowadzania próby.
            William przeklął pod nosem.
            - Co teraz zrobimy?
            - Jeszcze połowa biblioteki, jakbyś mi pomógł, to może byśmy coś znaleźli.
            Will spiorunował wzrokiem przyjaciela i za chwilę przysiadł koło niego przy ogromnym stole. Przyciągnął do siebie jeden ze stosów książek.
            - Co wydarzyło się na tamtej autostradzie? - skrzywił się, kiedy promienie letniego słońca zaczęły przebijać się przez żywopłot za oknem i wpadły do pomieszczenia.
            - Elizabeth się odwróciła i nagle z lasu ktoś wybiegł. Domyślam się, że to wampir, tylko oni biegają tak szybko, że w ciągu sekundy był już koło niej.  Rzucił się na nią i czymś ją skaleczył, zanim upadła. Wtedy ludzie George'a zareagowali, bo rzucili się na mnie i na niego. Ja też straciłem przytomność, ale tylko na chwilę. Jak się ocknąłem, było po wszystkim. - Wzruszył ramionami.
           - Dlaczego zaatakowały was wampiry? - Will zmarszczył brwi. - Przecież mamy z nimi sojusz.
            - Jak widać już nie.
            - Ciocia ci coś mówi na temat tego, co się dzieje w Carmlet?
            - Nie, omija ten temat jak tylko może.
            - A rozmawiałeś z nią o wezwaniu?
            Luka zatrzasnął kolejną księgę. Will zrozumiał, że przyjaciela zdenerwowało to pytanie.
            - Nieważne. - Machnął ręką. - Może ja się czegoś dowiem od rodziców, ale wątpię.

                                                                                              ***

            Elizabeth leniwie przeciągnęła się na łóżku. Ból przedramienia uniemożliwił jej dokończenie czynności, a ona cicho jęknęła z bólu. Bolące miejsce nie wyróżniało się niczym, nawet nie było tam najmniejszego siniaka. Przez chwilę przeszło jej przez myśl, co się tak właściwie stało, a potem przypomniało jej się wczorajsze popołudnie. Niemożliwe, pomyślała. Tylko głupi sen, nic więcej.
            Eliz zeszła po cichu po schodach, było dość wcześnie, więc starała się nie hałasować. W kuchni zastała Maggie pijąca kawę, kobieta uśmiechnęła się do niej ciepło. Elizabeth dosiadła się do niej, a gosposia, którą dziewczyna zobaczyła dziś po raz pierwszy, podała jej kubek z herbatą.
            - Mama kazała ci to przekazać. - Maggie przysunęła w jej kierunku niewielkie pudełeczko.
            - Rozmawiałaś z nią? - Eliz dopiero uświadomiła sobie, że tak naprawdę to nie zainteresowała się, co robi teraz jej mama.
            Elizabeth otworzyła pudełeczko. Zmrużyła oczy. Mama dała jej wisiorek, którego nigdy nie pozwalała dotykać, gdy była mała.
            - Nie.
            - Co dostałaś? - Eliza wyciągnęła wisiorek i pokazała go kobiecie.
            Maggie zachłysnęła się kawą i zerwała z krzesła.
            - Schowaj go! - zarządziła. - Schowaj i pilnuj!
            - Dlaczego? - Eliz schowała naszyjnik do pudełeczka.
            Maggie jej nie odpowiedziała, tylko wyszła, wpadając na sprzątającą gosposię.
            - Wszystko w porządku? - Staruszka podeszła do stołu i zaczęła sprzątać. - Pani Blackwell bardzo dawno się aż tak nie zdenerwowała.
            - Tak, jest ok. Pomóc pani?
            - Nie, nie trzeba. Jesteś głodna?
            - Nie, dziękuję - Eliz pokręciła głową.

                                                                                            ***

            Elizabeth weszła do oranżerii. Od kilkunastu minut szukała Lillian, chciała gdzieś ją wyciągnąć, ale nigdzie jej nie mogła znaleźć. W pomieszczeniu zastała tylko rudowłosą dziewczynę leżącą na jednym z leżaków.
            - Widziałaś Lillian?
            - Była u mnie wcześniej, potem gdzieś wyszła, pewnie wróci niedługo.
            Eliz pokiwała głową i odwróciła się na pięcie.
            - Jak ręka? - Eliz przerwała obrót.
            Domyśliła się, że to musi być Sara, już wcześniej zaobserwowała, że Sophie jest mniej przyjaźnie nastawiona do niej.
            - Jest dobrze, trochę boli, ale nic nie widać.
            - Pamiętasz, co się stało?
            - Nie - skłamała, bo to, co pamiętała było dla niej nierealne.
            - Hmm... Pokażesz rękę? - Sara podniosła się i podeszła do dziewczyny. Dokładnie obejrzała jej ramię.
            - To jakaś dziwna magia - oznajmiła.
            - Co? - Eliz parsknęła śmiechem i cofnęła rękę.
            Sara wygięła usta w dziwnym grymasie.
            - Nieważne, nie uwierzysz.
            - Aha. - Elizabeth odwróciła się na pięcie i zostawiła rudowłosą ze zrezygnowaną miną.
            Eliz nie do końca wiedziała, co ze sobą zrobić. Jedyną osobą, którą znalazła w Akademii, była Sara, która w dodatku nie wzbudziła jej zaufania i powiedziała coś o magii.  We dworku zabrzmiał dźwięk domofonu. Eliz najpierw postanowiła go zignorować, ale nikt nie poszedł otworzyć drzwi. Domofon zabrzmiał po raz kolejny. Znowu nic. Eliz wyszła na korytarz. Ktoś zadzwonił po raz trzeci, więc stwierdziła, że pójdzie otworzyć drzwi.
            Elizabeth powoli otworzyła drzwi. Kobieta w średnim wieku spojrzała na nią pytającym wzrokiem. Eliz od razu zrozumiała, że tamta nie jej się spodziewała.
            - Kim jesteś? - nieprzyjemny głos kobiety sprawił, że dziewczynę przeszły dreszcze.
            - O to samo powinnam zapytać panią.
            - Nie wiesz, kim jestem? - Niebieskie oczy kobiety zabłysły.
            Dziewczyna dopiero teraz zwróciła uwagę, że stojąca przed nią nieznajoma jest ubrana dość specyficznie jak na środek lata. Długi, niebieski płaszcz wyglądał po prostu dziwnie.
            - Może przyjdzie pani później, jak pani Blackwell będzie dyspozycyjna. Do widzenia.
            Eliz miała właśnie zamknąć drzwi, ale kobieta wetknęła swoją rękę między nie a futrynę.
            - Zaczekaj!
            Dziewczyna przeżyła szok i mimowolnie z jej ust wydobył się krzyk. Ręka kobiety ani trochę nie przypomniała ręki zdrowego człowieka. Wyglądała jak dłoń kostuchy. Same kości, nic więcej. Elizabeth odsunęła się gwałtownie od drzwi, wpadając na barierkę schodów.
            - Nie bój się... - zaczęła kobieta, lecz przerwał jej Lucas, który zbiegł z góry.
            - Doradco? Co pani tutaj robi? - Zmieszany stanął pomiędzy blondynką a gościem.
            - Lucasie, muszę porozmawiać natychmiast z twoją ciotką.
            - Cioci chwilowo nie ma, zaraz wróci, zapraszam do jej gabinetu. - Chłopak gestem ręki zaprosił kobietę do kolejnego pomieszczenia, a ona zatrzasnęła za sobą drzwi.
            - Widziałeś to?! - Eliz pociągnęła za sobą chłopaka, który kierował się do gabinetu. - Widziałeś jej rękę?!
            - Tak, Eliz, widziałem. Spokojnie.
            - Spokojnie?! - Dziewczyna podniosła głos.
            - Eliz, spokojnie. - Chłopak uciszył gestem dziewczynę. - Wiem, że nie rozumiesz, co się dzieje.
            - Cóż za spostrzegawczość, panie Blackwell. - Eliz sarkastycznie uśmiechnęła się do Luka.
            Skarcił ją wzrokiem.
            - Wróć do swojego pokoju, obawiam się, że już i tak narobiłaś problemów.
            - Słucham? A co z tą kobietą? - Znowu zaczęła podnosić głos.
            - Nie zrozumiesz tego, co ci powiem.
            Eliz nie odpowiedziała. Chłopak patrzył na nią z odrobiną współczucia.
           - Wierzysz w to, co się dzieje?
           - Nie.
            A może tak? Eliz nie była pewna. W to, co się działo wczoraj i w tę kobietę ciężko było jej uwierzyć, a jednak czuła, że to jest prawdziwe. Istny absurd. Westchnęła.
       - A jak powiem, że wierzę?
       - To uwierz też w to, że ta kobieta nie zrobi nam krzywdy. Idź teraz proszę i przyprowadź mi Willa, jest w bibliotece na poddaszu.

                                                                                            ***
            Biblioteka była największym pomieszczeniem w domu, tak przynajmniej stwierdziła Eliz. Pełno regałów z książkami. W centrum stał ogromny stół zawalony stosami ogromnych ksiąg. Will siedział na jednym z  krzeseł. Jego wzrok od razu skierował się na Elizabeth.
            - Lucas cię woła.
            - O co chodzi? - Zamknął książkę, którą czytał.
            - On ci to lepiej wytłumaczy. Jest na dole.
            Chłopak pokiwał leniwie głową i zsunął się z krzesła. Przemknął koło dziewczyny, zostawiając ją samą. Podeszła do jednej z biblioteczek i wyciągnęła najmniejszą z książek, która wyglądała jak stary pamiętnik. Otworzyła na jednej ze stron. Miała się zabrać za czytanie, ale usłyszała czyjeś kroki, więc szybko odłożyła książkę na półkę. Kroki ustały. Eliz rozejrzała się po pomieszczeniu, ale nikogo w nim nie było. Ponownie sięgnęła po książkę, tym razem nie odkładając jej na swoje miejsce, a chowając do kieszeni.
            - Nieładnie kraść - osądziła Lillian, Eliz drgnęła ze strachu. - Nie no, weź sobie to, żartowałam.
            - Przestraszyłaś mnie.
            Lillian zachichotała.
            - Nie chciałam. Słyszałam, że mnie szukasz.
            Eliz zmrużyła oczy. Tak właściwie już nie do końca pamiętała, dlaczego szukała czarnowłosej. 
            - Szukałam, ale pamiętam już czemu. - Wzruszyła ramionami.
            - W takim razie to już nieważne, ale ty jesteś potrzebna.
            - Komu? - Zmrużyła oczy.
            - Lucasowi, czeka u ciebie w pokoju. Nie wiem, o co chodzi.

                                                                                    ***
            - Co zawdzięczamy pani wizycie, pani Doradco? - Lucas usiadł po przeciwnej stronie biurka swojej ciotki.
            - Kim jest ta dziewczyna? - Kobieta dostojnie usiadła na fotelu.
            - Jakieś niepokojące uwagi odnośnie naszej Akademii? - Luka zmrużył oczy.
            - O uwagach rozmawiamy tylko z Opiekunami. Kim jest ta dziewczyna?
            - Ciocia się spóźni, może ja coś pani podam? Herbata? Kawa?
           - Stąpasz po kruchym lodzie, Lucasie Blackwell. - Uśmiechnęła się. - Herbatę poproszę.



Rozdział IV